28.01.13. Poniedziałek dzień długi już z nazwy

By godnie zaliczyć pierwszy poniedziałek 2013 roku dzisiejszy wpis poświęcę rzeczy, która jest chyba uniwersalnym środkiem sprawiania ludziom radości. Niezależnie od przedziału wiekowego (:P), płci czy miejsca zamieszkania. Nie, nie będzie o seksie. Ani o kawie (ponoć, mimo że są osoby, które jej nie lubią, to nie ma takiej, której nie podobałby się jej zapach – nie wiem skąd powzięłam taką informacje, najprawdopodobniej jakiś 13 letni onanista napisał tak na Wikipedii). Będzie o alkoholu.

Pewnego pięknego poranka natrafiłam w sieci na gorącą dyskusję, której celem było wskazanie które piwo jest najlepsze. Uczestnicy zażarcie przerzucali się argumentami, wątek ciągnął się w nieskończoność, nikt nie chciał ustąpić, nie zdając sobie sprawy jak niezbyt mądra jest ta cała debata. Niezbyt mądrą gdyż po pierwsze o gustach kulinarnych nie ma większego sensu dyskutować (niech mnie ktoś spróbuje przekonać werbalnie, że tłusta galretka mojej siostry jest tak naprawdę jedwabiście smaczna). Po drugie strony dowodziły swoich racji używając stwierdzeń typu: nie znasz się, twoje piwo to siki, moje to miszczostwo świata. Po trzecie porównywano tam trunki typu Lech, Warka, Leżajsk, Tyskie itp. itd. Czyli tylko te szeroko dostępne i popularne. To jakby rozmawiać o najlepszych samochodach rozprawiając co jest lepsze: maluch czy polonez (na autach się nie znam, więc lepszego przykładu nie wymyślę). Nikt słowem nie wspomniał o piwach regionalnych.

piwna półkaPiwna półka. Powstała spontanicznie w związku z tym, iż koło łóżka mam zestaw półek, lecz niestety z uwagi na lichy wzrost (gdy rozdawali centymetry stanęłam drugi raz w kolejce po rozum, niestety okazało się, że rozdzielali tam brak szczęścia w życiu i wrażliwe dziąsła) nie mam dostępu do wszystkich. Dlatego na najwyższe wrzucam rzeczy, z którymi nie bardzo wiem co dalej robić. Nie wygląda to najlepiej dlatego postanowiłam zasłonić je butelkami. Na potrzeby zdjęcia śmieci powyższe obiekty oczywiście usunęłam. Trzecia od prawej fritz-kola, ponoć hipsterska cola, którą w Polsce sprzedają za 8 (!) zł (w kraju produkcji za połowę ceny). Kupiłam ze względu na fajną etykietę i słodzenie stevią. Smakuje jak każda inna cola, do tego jest strasznie nagazowana przez co zmasakrowała mi żołądek. Po jej wypiciu dla równowagi, by nie zostać przypadkiem hipsterem, nabyłam puszkę z Coca-Colą, w której przewiozłam ową butelkę przez granicę co by zneutralizować jej alternetywność przez totalną komerchę. Czwarty od lewej Somersby, którym zachwycała się na tyle duża grupa osób by zachęcić mnie do zakupu. Nie podzielam entuzjazmu – smakuje zupełnie jak Perła Summer (czyli średnio), a jest dwa razy droższy.

Tutaj pojawia się problem, bo prawdę mówiąc nie potrafię powiedzieć, co tak naprawdę oznacza nazwa piwo regionalne. Konsumentowi ten termin ma kojarzyć się z napitkiem wytwarzanym (co jasne) przez regionalny browar. Który od masówki różni się dbałością o smak i jakość produkcji. Tyko co w sytuacji, gdy taki złoty (lub nie) napój odniesie sukces, zacznie być wytwarzany w coraz to większych ilościach, a dzięki dobrej dystrybucji stanie się coraz powszechniej dostępny? Już nie będzie piwem regionalnym (tak to określa UE stwierdzając, że browar regionalny to taki, który produkuje nie więcej niż 200 tysięcy hektolitrów rocznie)? Lub gdy sprzedaje w regionie, a jest strasznym sikaczem:PP Stworzenie definicji zostawię ekspertom, bo osobiście na piwie , jak zresztą na wszystkim innym się nie znam.

Wiem tylko, że taki browar smakuje zupełnie inaczej niż to co produkują koncerny. Inaczej czyli lepiej :) Po spróbowaniu takich wyrobów nie che się już wracać do popularnych piw. Czemu uważam, że jest to produkt, który powinien spełnić wymagania wszystkich grup obywateli? Rodzajów takiego trunku jest mnóstwo, więc każdy na pewno znajdzie taki, którego smak mu odpowiada. Nawet jeżeli za tym alkoholem nie przepada. Może się wtedy skusić na piwo smakowe (wiśniowe, miodowe, czekoladowe, świąteczne). Lub na popularne obecnie radlery – czyli mieszankę piwa z lemoniadą. Które nawiasem mówiąc widziałam na półce mojego ulubionego pubu na długo przed tym gdy zyskały taką popularność, ale wtedy myślałam, że to po prostu kolejne smakowe piwo. Do tego wszystkiego dochodzi zabawa w odkrywanie nowych butelek (tak zwany fun z zaskoczenia). Idziesz i prosisz o padanie szóstego od lewej z drugiej półki. A potem następuje chwila napięcia tuż przed jego degustacją – gdy nie wiesz jeszcze czy będzie smakowało jak zrobione ze spopielonego zdechłego szczura (chyba nie lubię porterów) czy jak nektar zajumany przez kelnera z Olimpu. Minusy takiego piwa są tylko dwa. Po pierwsze dostępność – obecnie znam tylko 1 pub w moim mieście, który takie napoje serwuje. Dwa są one droższe niż normalne. Chociaż biorąc pod uwagę, że mieszkam na zapupiu zapewne jest to cena, którą standardowo trzeba zapłacić za zwykłe piwo w cywilizowanym świecie, więc narzekać nie mogę.

Piwo regionalne można oczywiście kupić także w sklepach. Co jasne w takich poświęconym alkoholom. Ale także w zwykłych spożywczakach. Jeżeli chodzi o sieciówki zaobserwowałam egzemplarze w Delikatesach Centrum, Tesco, Intermarché (u nich duży wybór różnych alko, nie tylko wśród browarów).

Uciekam z domu i nigdy nie wracam

Nie pamiętam czemu, ale ostatnio oglądając wiadomości, a dokładniej reportaż poświęcony zachęcaniu mężczyzn do samobadania jąder rodzicielka zaczęła wspominać swój pobyt na gigancie. Zaczęło się niewinnie – od malowania drzwi. Niestety mój ojciec chrzestny nadepną na świeżo malowane. Matka w szale zrzuciła go ze schodów. Naturalnie twierdzi, że był to zupełny przypadek, ale oczywistym jest, że nie mogła życzyć mu niczego innego poza śmiercią, gdy popychała go ze stopni usytuowanych półtora metra nad ziemią. Babcia doznała takiego szoku, że nie była w stanie zareagować i obiecała tylko, że córkę spotka ręka sprawiedliwości w postaci pasa dziadka. Matka musiała działać szybko. Nie wiem jakim cudem, ale do ucieczki zwerbowała drugiego z braci (zupełnie przecież niezwiązanego z sytuacją). Może po prostu bał się siostry wiedząc do czego jest zdolna? Za kryjówkę obrali sobie jedno z należących do rodziny pól, oddalone o 10 minut od domu. Chytry plan. Organy ścigania nie byłyby w stanie wpaść na pomysł szukania ich w tak oczywistym miejscu. Gorycz dnia postanowili osłodzić sobie mieszanką porzeczek z cukrem, który rodzicielka zabrała ze sobą tuż przed ucieczką. Niestety jego zasoby szybko się skończyły więc głód i żal wkrótce sprawił, że zmuszeni byli wrócić do domu. Skończyło się tym, że matkę nie spotkały żadne negatywne konsekwencje. Najwidoczniej nie ma sprawiedliwości na tym świecie.

widoczekNie posiadam żadnego inteligentnego komentarza do tego zdjęcia.

Życie lubi płatać figle, dlatego parę lat później jej córka (w sensie ja) także wybrała się na gigant w asyście brata. W akcie sprzeciwu przeciw okrutnemu ciemiężeniu nas przez matkę zdecydowaliśmy się na ucieczkę z domu. A w zasadzie z domu do domu. Bowiem jak co roku w wakacje odwiedzaliśmy babcię i postanowiliśmy wrócić do rodzinnej miejscowości. W tym celu udaliśmy się na przystanek. Trasa była trudna i niebezpieczna. Kilka minut schodzenia ze stromej górki, dlatego trzeba było się pilnować by w rozbiegu na zakręcie nie wpaść do przydrożnego rowu. Niestety nie wzięliśmy pod uwagę, że autobus kursuje jakieś 3 razy dziennie. Trafiliśmy niefortunnie na taką godzinę, kiedy akurat nie stał na przystanku. Zrezygnowani porzuciliśmy marzenia o wolności i ze spuszczonymi głowami zaczęliśmy wspinać się z powrotem pod górę by oddać się w ręce naszego oprawcy.

zakrętZakręt, za zakrętem kolejny, za kolejnym przystanek.

Moja druga ucieczka z domu także zakończyła się niepowodzeniem. Co dziwne także miało to miejsce w trakcie wakacji, w rodzinnej wsi mojej matki. Pracowaliśmy wtedy w polu przy maku. O ile dobrze pamiętam rodzicielka nie poszanowała mojej pracy – ani tej wykonywanej na roli, ani tej by z dnia na dzień stawać się coraz to lepszym człowiekiem. Po raz kolejny niedoceniona przez własną rodzinę postanowiłam oddalić się w kierunku nieznanym. A w zasadzie w stronę lasu. Trzeba przyznać, że mój plan był ambitny. Knieja jest tam naprawdę duża i nawet dzisiaj byłabym w stanie stracić w niej orientację. Lecz, żeby się tam zgubić trzeba najpierw tam dotrzeć. Natomiast mój ambitny plan nie przewidywał tego, że moje krótkie nóżki szybko się zmęczą, a żołądek zacznie domagać się pokarmu. Z nadzieją co chwilę obracałam się za siebie licząc na to, że zobaczę członków mojej rodziny biegających wśród traw, wykrzykujących moje imię. Niestety niczego takiego nie dojrzałam. Postanowiłam poczekać do wieczora. Gdy zapadnie zmrok, a mnie nie będzie w pobliżu na pewno wpadną w panikę. Problem polegał na tym, że wizja spędzenia nocy wśród pól nie była zbyt zachęcająca.

lasTu szłam, tu nie dotarłam. Ludzie z rodziny, więc mnie nie pozwą za wykorzystanie wizerunku. Chyba…

Co innego wizja obiadu czekającego na kuchennym stole. Dlatego postanowiłam wrócić. Oczywiście z podniesioną głową. Nie miałam zamiaru odpowiadać na żadne pytania, niech zastanawiają się do końca życia gdzie się przez cały ten czas podziewałam. Niech drżą na myśl, że mogę to w każdej chwili powtórzyć. Obrałam trasę przez makowe pole. Okazało się, że nikogo tam już nie ma. Wydało mi się to trochę dziwne, ale uznałam, że najprawdopodobniej wpadli w popłoch i kto może właśnie mnie szuka. Może w końcu zrozumieli swój błąd. Nareszcie docenią jaka jestem ważna. Wróciłam do domu. I co? I nic. Nikt nawet nie zauważył, że mnie nie było…

Ktoś jeszcze uciekał z domu?

Letnie reminiscencje

Powrót zimy, koniec roku i świata (21 miał się tylko zacząć,  więc uznaję że zagłada ludzkości nadal jest kwestią sporną) zainspirowały mnie do odkurzenia letnich wspomnień. W sumie to kłamię, powodem jest tylko i wyłącznie walka z postępującym marazmem, który nie pozwala mi skończyć kilkunastu zaczętych kiedyś postów. Rozpoczynam więc następny w nadziei, że TEN tym razem uda się dokończyć. W tym celu nie zamierzam zawierać w nim absolutnie nic, co wskazywałoby, że ze swoją inteligencją mogłabym przechytrzyć średnio rozgarniętego orangutana. Poza tym powstaje w oparach narcyzmu – bo w założeniu mają tu kogoś zainteresować szczegóły mojego życia. W zasadzie to podobny wpis kiedyś już powstał – nie jako wspomnienie, a relacja ze zdarzeń teraźniejszych. Jednakże w swej nieskończonej mądrości skasowałam go podczas procesu formatowania komputera. Przechodząc do rzeczy…

W czasie wakacji pierwszy raz jadłam bakłażana. Wyglądał jak ośmiornica, która zatrzasnęła się w solarium, a smakował jak grzyb. Nie wiem czy zawdzięczał to umiejętnościom kulinarnym mojego ojca, czy po prostu grillowany bakłażan tak ma, dlatego jeżeli ktoś wie coś na ten temat proszę o podzielenie się ze mną swoją wiedzą. Gwoli wyjaśnienia mój ojciec jest Wietnamczykiem (który mieszka w Niemczech) więc je bardzo dużo dziwnych rzeczy. Przykładowo smażone gotowane jajka. Chociaż to akurat jest po prostu niezrozumiałe, a nie przyprawiające o odruch wymiotny jak durian, którego chciał mi zaserwować. Nie jestem na 100% pewna czy był to właśnie ten owoc –  rodziciel zna tylko jego wietnamską nazwę, a ja językiem tym się nie posługuję – ale ponoć bardzo wysoka cena i (zwłaszcza) zapach wybitnie wskazują na niego. 4 sekundy oddychania w jego pobliżu lub jeden mocniejszy wdech wystarczyłyby żebym zwróciła obiad wraz z kolacją z 3 poprzednich dni. Piszę zupełnie serio. Nie mieści mi się w głowie jak można coś takiego włożyć do ust. A nie jestem zbyt delikatna w tej kwestii – w ramach studiów uczestniczyłam ze znajomymi w sekcji zwłok i pierwszą rzeczą jaką zrobiliśmy po wyjściu z prosektorium było ustalenie gdzie idziemy coś zjeść (po zapoznaniu z tą historią ludzie zazwyczaj zaczynają patrzeć w moją stronę ze specyficznym wyrazem twarzy, więc wyjaśniam, że była 3 po południu, a my od rana nic nie jedliśmy w obawie iż reakcją na zastane widoki będzie wymalowanie podłogi treścią naszych żołądków, tak więc pod koniec ludziom zaczęło burczeć w brzuchach).

Podstawową regułą, jaką kieruję się stołując u ojca jest zasada, iż należy pytać o wszystko co widzi się pierwszy raz, choćby wyglądało bardziej niewinnie niż lolitka z japońskiego hentaja. Jeżeli na pytanie:co to? troskliwy tatuś odpowiada:spróbuj, to za żadne skarby świata nie należy umieszczać owego niezidentyfikowanego obiektu w pobliżu swojego otworu gębowego.

śniadanieŚniadanie u Tiffaniego czyli słodki zielony ryż. Przyjrzałam się mu z bliska w nadziei, że będę w stanie go ugotować w domu. Ryż + kokos + sezam + ? Zapytałam ojca o przepis. Rozpoczął go słowami: potrzebujesz takiego zielonego listka z Wietnamu, więc zarzuciłam pomysł odtworzenia zawartości miseczki. Telefon jak z kosmicznego burdelu cytując koleżankę, w rzeczywistości wygląda lepiej (co nie znaczy, że mniej wyuzdanie).

nemNem, czyli sajgonki. Tutaj na drugi dzień po przyrządzeniu, dlatego nie są już chrupiące, a wyglądem przypominają psie przyrodzenie.

Inną dziwną rzeczą, z którą dane było mi się zmierzyć była galaretka. Zielona, mętna, posypana sezamem. Galaretkę lubię, sezam też, moja siostra strasznie ucieszyła się na jej widok, więc postanowiłam spróbować. Okazało się, że była… tłusta. Kto robi tłuste galaretki??? Zdjęcia niestety nie posiadam.

Przypadkowo dokonałam konsumpcji czekoladek dla psów. Smakowały dziwnie, jak wyrób czekoladopodobny co trochę wzbudziło moje podejrzenia. Jednak mam słabość do takich słodyczy i swego czasu (gdy byłam młoda i jędrna) wolałam je bardziej niż normalne czekolady, więc postanowiłam się nie przejmować wychodząc z założenia, że co najwyżej będę mieć po nich gładką sierść. Gdy później tego samego dnia siostra umierała ze śmiechu na wspomnienie brata, który odwiedzając ich przede mną zjadł jedzenie dla psa wiedziałam, że te pralinki nie były przeznaczone dla ludzi. Cóż głupotę chyba mamy w genach. Ale to i tak nijak ma się do tego, co zrobił mój ocj. Nie przyszło mu bowiem do głowy, żeby zapytać najemcy mieszkania, czy nie ma nic przeciwko temu, że zamieszka z nimi czworonożny przyjaciel. Gdy dowiedział się o tym jakieś 8 miesięcy od przybycia kolejnego członka rodziny nie był chyba nazbyt zadowolony bo pozostawił im wybór: mieszkanie albo kundel i w żaden sposób nie dał się przebłagać. Moja rodzicielka skwitowała to tylko stwierdzeniem, że to typowy przejaw wietnamskiej mentalności (mam gdzieś reguły – zrobię co chcę, a potem jakoś się to załatwi).

colgateSkoro u sąsiadów mogą mieć Colgate Komplett, to czemu u nas nie ma Kompletnej Colgate?

Skoro jesteśmy w temacie zaniku myślenia. Zawsze byłam sztandarowym przykładem potwierdzającym tezę, iż pewność co do nieskończoności mamy w zasadzie tylko co do ludzkiej głupoty. Przykrym natomiast jest to, że ostatnio zaczynam obawiać się, że do głosu dochodzi także starcza demencja. Bo to, że nie raz nie dwa zdarzyło mi się uczyć się z przeterminowanych ustaw było zupełnie normalne. Ba! ja nawet kolokwium potrafiłam napisać na podstawie takowej. To, że gubię pieniądze też jest normą (i znajomi nie pytają już ile? tylko znowu?). To, że zostawiamw domu tego, co jest mi akurat najbardziej potrzebne, zapominam o wszystkim, o czym tylko zapomnieć się da (ile to razy uciekło mi z głowy nacisnąć wyślij po napisaniu smsa) także. Ale, to że gdy wybrałam się na rowerową wyczeczkę i ciągu kilkudziesięciu minut 3 razy wpadłabym pod auto (w tym pod taksówkę, fakt nieistotny, a jednak cieszy) i przejechała tabun ludzi już nie jest już taki normalny. Od kiedy jest ze mną aż tak źle? Jedynym pocieszeniem jest fakt, że w związku z pobytem za granicą nie przyczyniłabym się do zmniejszenia polskiej populacji, a Niemców przecież nikt nie lubi :P

jajkoW Szwabii żyje się na bogato, stąd dwa żółtka w jednej skorupce. Mój rodziciel zalewa lub wbija jajka do zupki chińskiej, przez co robią się w niej drobne kluseczki  Wydaje się proste, ale mi nigdy nie wyszło. Raz zapomniałam użyć w tym celu wrzątku, za drugim razem chyba za szybko zaczęłam wszystko mieszać, bo żółtko się nie ścięło tylko rozpuściło. I w efekcie powstała zupa jajeczna, którą z racji rozrastającego się poczucia pustki w żołądku postanowiłam nawet skonsumować, ale była tak odpychająca, że zdecydowałam narazić się na niebezpieczeństwo utraty życia przez zagłodzenie. W ogóle taka zupka chińska w wykonaniu mojego ojca to danie na wypasie, bo smakuje zupełnie inaczej po tym gdy doda do niej jakiegoś mięsiwa, warzyw i innych dziwnych rzeczy –  i tą informacją uczynię tenże podpis najdłuższym wywodem pod zdjęciem jaki do tej pory ujrzał światło dzienne.

Zrewidowałam swoje poglądy na temat posiadania psa. To wcale nie jest takie morowe i czadersko odjazdowe jak mi się wydawało. Fajnie mieć kundla na zasadach na jakich posiada go moja rodzina z polskiej wsi spokojnej, wsi wesołej. Jeżeli nie rzuca się on na kury (nie mylić z ku*wy) sąsiada może sobie biegać swobodnie i nie trzeba martwić się o wyprowadzanie go na spacer oraz o to gdzie i kiedy postanowi się wypróżnić. Gdy wybiera się z nim na przechadzkę to nigdy nie zastanawia się gdzie dokładnie jest i co aktualnie robi – wystarczy żeby orbitował gdzieś w pobliżu. Nawet gdy znika z pola widzenia i zasięgu głosu to też nikt nigdy nie przejmuje się tym zbytnio, bo przecież nie jest miejskim debilem więc się nie zgubi i w końcu wróci. A pies domowy (piszę domowy, a nie miastowy z uwagi na fakt, iż ojciec mieszka na wsi, jednak w Niemczech to nie robi różnicy i żaden kundel nie pałęta się samopas)? Siedzi w mieszkaniu zakłaczając kolejne terytoria. Trzeba z nim ciągle chodzić na spacer. Sprzątać kupy i uważać by nie podlewał iglaków sąsiadów. Żeby nie darł ryja w nocy i w sumie z rana też nie za bardzo. Trzeba go socjalizować z innymi wszarzami łażąc z nim nie wiadomo gdzie w poszukiwaniu przedstawicielu psiego gatunku. Strasznie dużo zachodu!

Totalnie rozczarowałam się spacerami. Lubie sobie pochodzić, dlatego myślałam, że wezmę psa na smycz i radośnie będziemy przemierzać pola i lasy. Eh ja naiwna. Poruszaliśmy się z prędkością 5 metrów na godzinę, bo kundel musiał absolutnie wszystko wywąchać. Owo absolutnie wszystko sprowadzało się głównie do końskich produktów końcowych procesu defekacji. Nie ogarniam tego, bo przez pierwsze 2 kilometry chodziliśmy zawsze tą samą trasą. Ileż razy można wąchać tą samą kupę??? Co najlepsze gdy pewnego razu przechodziliśmy obok obwoźnego stoiska mięsnego, gdy byłam przekonana, że czeka mnie walka ze smyczą pies wykazał totalną obojętność. W dodatku czasem nie ogarnia. Nie raz nie kuma, że gdy wyrywam mu zabawkę z paszczy krzycząc:i co mi teraz zrobisz*? to ma próbować mi ją odebrać. Czasem rzuca się z zębami, a czasem demotywuje się i czeka aż mu ją oddam. Co jest totalnie nielogiczne bo potem szturcha mnie nią żeby mu znów ją odebrać. On jest chyba jakiś psychiczny.

Pomyliłam wibrator z suszarką. Przechadzając się po mieście kątem oka zauważyłam coś długiego na wystawie. Z niewiadomych powodów od razu skojarzyło mi się z przyrządem do suszenia włosów. Nie wiem z jakiego powodu, przecież nikt nie produkuje ich w takim kształcie. Tutaj nastąpi ćwiczenie dynamizujące czytelnika: proszę wskazać paluszkiem, gdzie według twoich przypuszczeń znajduje się opisywany przeze mnie przybytek.

sex shopOdpowiedź: licząc od lewej kebab, fryzjer (to różowe), sex shop (kwiatek i coś okrągłego nad drzwiami). Pełna kultura, tak powinno być, a nie jak u mnie w mieście kicz walący po oczach.

światłaŚwiatła na przejściu dla pieszych. Z nieujawnionych powodów czerwone są dwa, za to zielone nie miga zanim zgaśnie. Totalnie bez sensu.

kakiKaki. Ze względu na barierę językową myślałam że nie będzie dane poznać mi nazwy tego owocu, a tu proszę – przedwczoraj odkryłam co to. Niebezpośrednio dzięki Albumowi fotografii produktów i potraw. Oryginalna pozycja, gdzie znaleźć można przykładowo zdjęcia 20, 30 i 40 gramów dżemu truskawkowego rozsmarowanego na kromce podłużnego żytnio – pszennego chleba. Wyśmiałam sens takiej książki, brat pokazał mi stronę internetową, która zawiera podobne informacje. W wyszukiwarkę wpisałam jabłko i znalazłam kaki. Czemu akurat jabłko? Bo mam taką zabawę, co by wybierać egzemplarze ważące jak najbliżej 200 g. I tą informacją uczynię tenże podpis najmniej sensownym wywodem pod zdjęciem jaki do tej pory ujrzał światło dzienne.

pierwsza potrzebaArtykuły pierwszej potrzeby według głównego dworca PKS w Berlinie.

nutellaNutella. Nie wiem czemu ludzie się tym podniecają (31 g tłuszczu + 57 g cukru na 100 gramów!), ale zapodam zdjęcie. Tutaj wielkie słoiki, czego jednak z braku punktu odniesienia nie da się zauważyć.

Wizyta za Odrą za każdym razem boleśnie uświadamia mi, jak beznadziejnie jest w naszym kraju. Mój ojciec jest imigrantem bez szczególnego wykształcenia, jego znajomi także. Jednak żyją na takiej stopie życiowej, której nie widzę wśród moich koleżanek i kolegów, których rodziny nie musiały się martwić o kwestie obywatelstwa i zdobywania uznawanych przez  pracodawców dyplomów. U każdego znajomego siostry widziałam 42 calowy telewizor, kompa, ipoda, smartfona w pokoju. Wakacyjne wyjazdy za granicę to norma, podobnie jak szkolne wycieczki poza kraj. Jej szkoła wygląda lepiej niż jakakolwiek podstawówka/gimnazjum/liceum jakie do tej pory widziałam. Równać mogą się jej tylko wydziały jakiś wyższych uczelni (akurat nie mojej:P). Śmieszne jest to, że ceny produktów żywnościowych są bardzo zbliżone do tych w Polsce, podobnie z ubraniami (mam na myśli sieciówki) – tylko, że płace są tam kilkukrotnie wyższe. Zastanawiam się czasem jak wyglądać musi życie rodowitych obywateli, którzy nie mieli pod górkę, mieli szansę zdobyć odpowiednie wykształcenie i wykonują zawody, które wymagają trudniejszych do zdobycia kwalifikacji. Kiedy w naszym kraju w końcu będzie normalnie?

Tym optymistycznym akcentem kończę swój dzisiejszy wywód.


* Krzyku w zasadzie ma prawo nie rozumieć, bo jest Holendrem mieszkającym w Niemczech u wietnamskiej rodziny, a ja się odzywam się do niego po polsku.

Gdy dorosnę zostanę owocem Jogoblelli. I przeprowadzę się do Wrocławia.

Ostatnio marnie z moją samooceną. Wpadłam więc na pomysł wykonywania pewnego ćwiczenia. Mianowicie gdy widzę idącego z naprzeciwka przedstawiciela płci męskiej – najlepiej takiego, którego uznaję za mieszczącego się w kategorii atrakcyjny – mam za zadanie bezczelnie się na niego gapić. Odczuwam dziką satysfakcję gdy takowy osobnik spuści wzrok spotykając moje spojrzenie. Oczywiście nie jest to normalne, ale poprawia mi samopoczucie. A może kiedyś, w dalekiej przyszłości zamiast cieszyć się, że zastraszam bogu ducha winnych ludzi po prostu się do nich uśmiechnę…