Lata 90

Komputer zastosował mi powrót do przeszłości. Muli niemiłosiernie. Wpisuję hasło w wyszukiwarkę, a następnie jestem zmuszona czekać kilkanaście sekund zanim kolejne literki zaczną pokazywać się na ekranie. Z jednej strony rośnie mi samoocena gdy pomylę się podczas pisania, a następnie udaje mi się na ślepo poprawić tekst, co mogę za chwilę zwolnionym tempie oglądać w pasku adresu (bullet time – kto grał w Max Payne’a ten wie (ja nie grałam)). Jednak z drugiej strony podczas przełączania miedzy oknami lub, nie daj Boże, włączania jakiegokolwiek programu o stopniu skomplikowania przewyższającym notatnik mogę śmiało odejść od komputera by iść ukisić sobie ogórki (nie, to nie  jest żadna metafora masturbacji).

Za co? Czemu ja? Jeżeli to pokuta za to, że nigdy nie miałam wolnego komputera, to nałożona zupełnie niesłusznie, jako że wynikało to z faktu, że PC-ta dorobiłam się dopiero na samym początku XXI wieku, kiedy to już śmigały szybsze egzemplarze. Do tego mój szczyt myśli technicznej pozostawiał wiele do życzenia – po prostu nie miało tam co zwalniać. Posiadał 1GB pamięci RAM, przy czym Windows normalnie zajmował tyle samo miejsca i tylko dzięki genialnemu koledze mojego brata, który upchnął go w połowie tej objętości mogliśmy mieć oprócz niego zainstalowaną jeszcze jakąś jedną grę strategiczną, w którą oczywiście nie grałam.

O dostępie do Internetu nie mogliśmy nawet marzyć. Bo do tego trzeba by mieć telefon. A takowego u nas nie było aż do (werble) 2005 roku. Nie żebyśmy nie chcieli, tylko jakoś Telekomuna ciągle wykazywała brak możliwości technicznych. Pożyczaliśmy telefon od sąsiadów (mamy wspólny strych). Znajomi dziwili się czemu tak dużo czasu zajmuje przekazanie mi słuchawki, wciskałam im kit o willi, w której mieszkam (w rzeczywistości m3). Gdy w końcu spłynęło na nas błogosławieństwo własnego zakończenia sieci okazało się, że będzie to połączenie radiowe. Wybieranie numeru zajmowało wtedy tyle czasu co obecnie korzystanie z Google na zwieszonym kompie, co kilkanaście sekund włączała się opcja nic nie widzę, nic nie słyszę, a do tego sąsiedzi mogli nas odbierać na swoim telewizorze. Radiowy mieliśmy także Internet (ResMan za darmochę). O dziwo działał lepiej przy deszczowej pogodzie… Po 2 pięknych latach postępujący rozwój gospodarczy w kraju pozwolił na podłączenie nas do świata normalnego złącza telefonicznego. I tak powitałam Neostradę 1 Mb/s. Po roku odwiedziłam rodzinę w Stanach, gdzie dobił mnie fakt, że ciotka posiada 8 Mb/s (wtedy w Polsce niedostępne), lecz jedyną czynnością do jakiej wykorzystuje Internet jest sprawdzanie poczty.

Zacofanie technologiczne nie dotyczyło jedynie komputera. Przez długie lata zmuszona byłam wykonywać funkcję organicznego pilota do telewizora. Aparat, z którego korzystałam był szczytem technologii made in USRR. Zostawił mi go wujek, który wyemigrował do lepszego kraju pełnego hamburgerów i frytek. Radio także pojawiło się pod naszym dachem dopiero w ramach prezentu komunijnego. I pomyśleć, że to moja rodzina była pierwszą we wsi, która dorobiła się (kolorowego?) telewizora. Właścicielem telefonu komórkowego stałam się dopiero w ostatniej klasie liceum po tym jak wzbudziłam w matce wyrzuty sumienia wypominając jej, że zabrała mi wszystkie pieniądze z Komunii. Z obietnica zwrotu oczywiście, jednak po 10 latach nie oddała ani złotówki. Nie omieszkałam dodać, że starszy brat mógł całą sumę zachować dla siebie. I tak oto stałam się dumnym posiadaczem Nokii 3310.

W dobie Internetu w komórce moja opowieść jest nieco nieprawdopodobna. Na pewno dla pokolenia mojej młodszej siostry, która nie zdawała sobie nawet sprawy, że ściąganie z sieci nie w każdym przypadku jest legalne. I która o mało nie zabiła mnie śmiechem dowiedziawszy się, że by nauczyć się bezwzrokowego pisania na klawiaturze musiałam sobie ściągnąć specjalny paragram. I pomyśleć, że do tej pory to ja lekceważąco patrzyłam na rodziców, którzy nie umieją obsługiwać telefonu komórkowego. Jedną z moich ulubionych anegdot w temacie jest opowieść o mojej pierwszej próbie nauczenia rodzicielki korzystania z komputera. Pokazałam jej, że przesunięcie myszki w prawo powoduje ruch kursora w tą samą stronę, podobnie z lewym kierunkiem. Gdy kazałam jej poruszyć nim w górę uniosła mysz nad stół. Czy to samo czeka mnie za kilka(naście) lat? Już dzisiaj nie lubię dotykowych komórek i tylko czekam gdy minie na nie moda, tak jak kiedyś przeminęły (niestety) klapki i rozszuwacze.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s