Letnie reminiscencje

Powrót zimy, koniec roku i świata (21 miał się tylko zacząć,  więc uznaję że zagłada ludzkości nadal jest kwestią sporną) zainspirowały mnie do odkurzenia letnich wspomnień. W sumie to kłamię, powodem jest tylko i wyłącznie walka z postępującym marazmem, który nie pozwala mi skończyć kilkunastu zaczętych kiedyś postów. Rozpoczynam więc następny w nadziei, że TEN tym razem uda się dokończyć. W tym celu nie zamierzam zawierać w nim absolutnie nic, co wskazywałoby, że ze swoją inteligencją mogłabym przechytrzyć średnio rozgarniętego orangutana. Poza tym powstaje w oparach narcyzmu – bo w założeniu mają tu kogoś zainteresować szczegóły mojego życia. W zasadzie to podobny wpis kiedyś już powstał – nie jako wspomnienie, a relacja ze zdarzeń teraźniejszych. Jednakże w swej nieskończonej mądrości skasowałam go podczas procesu formatowania komputera. Przechodząc do rzeczy…

W czasie wakacji pierwszy raz jadłam bakłażana. Wyglądał jak ośmiornica, która zatrzasnęła się w solarium, a smakował jak grzyb. Nie wiem czy zawdzięczał to umiejętnościom kulinarnym mojego ojca, czy po prostu grillowany bakłażan tak ma, dlatego jeżeli ktoś wie coś na ten temat proszę o podzielenie się ze mną swoją wiedzą. Gwoli wyjaśnienia mój ojciec jest Wietnamczykiem (który mieszka w Niemczech) więc je bardzo dużo dziwnych rzeczy. Przykładowo smażone gotowane jajka. Chociaż to akurat jest po prostu niezrozumiałe, a nie przyprawiające o odruch wymiotny jak durian, którego chciał mi zaserwować. Nie jestem na 100% pewna czy był to właśnie ten owoc –  rodziciel zna tylko jego wietnamską nazwę, a ja językiem tym się nie posługuję – ale ponoć bardzo wysoka cena i (zwłaszcza) zapach wybitnie wskazują na niego. 4 sekundy oddychania w jego pobliżu lub jeden mocniejszy wdech wystarczyłyby żebym zwróciła obiad wraz z kolacją z 3 poprzednich dni. Piszę zupełnie serio. Nie mieści mi się w głowie jak można coś takiego włożyć do ust. A nie jestem zbyt delikatna w tej kwestii – w ramach studiów uczestniczyłam ze znajomymi w sekcji zwłok i pierwszą rzeczą jaką zrobiliśmy po wyjściu z prosektorium było ustalenie gdzie idziemy coś zjeść (po zapoznaniu z tą historią ludzie zazwyczaj zaczynają patrzeć w moją stronę ze specyficznym wyrazem twarzy, więc wyjaśniam, że była 3 po południu, a my od rana nic nie jedliśmy w obawie iż reakcją na zastane widoki będzie wymalowanie podłogi treścią naszych żołądków, tak więc pod koniec ludziom zaczęło burczeć w brzuchach).

Podstawową regułą, jaką kieruję się stołując u ojca jest zasada, iż należy pytać o wszystko co widzi się pierwszy raz, choćby wyglądało bardziej niewinnie niż lolitka z japońskiego hentaja. Jeżeli na pytanie: co to? troskliwy tatuś odpowiada: spróbuj, to za żadne skarby świata nie należy umieszczać owego niezidentyfikowanego obiektu w pobliżu swojego otworu gębowego.

śniadanieŚniadanie u Tiffaniego czyli słodki zielony ryż. Przyjrzałam się mu z bliska w nadziei, że będę w stanie go ugotować w domu. Ryż + kokos + sezam + ? Zapytałam ojca o przepis. Rozpoczął go słowami: potrzebujesz takiego zielonego listka z Wietnamu, więc zarzuciłam pomysł odtworzenia zawartości miseczki. Telefon jak z kosmicznego burdelu cytując koleżankę, w rzeczywistości wygląda lepiej (co nie znaczy, że mniej wyuzdanie).

nemNem, czyli sajgonki. Tutaj na drugi dzień po przyrządzeniu, dlatego nie są już chrupiące, a wyglądem przypominają psie przyrodzenie.

Inną dziwną rzeczą, z którą dane było mi się zmierzyć była galaretka. Zielona, mętna, posypana sezamem. Galaretkę lubię, sezam też, moja siostra strasznie ucieszyła się na jej widok, więc postanowiłam spróbować. Okazało się, że była… tłusta. Kto robi tłuste galaretki??? Zdjęcia niestety nie posiadam.

Przypadkowo dokonałam konsumpcji czekoladek dla psów. Smakowały dziwnie, jak wyrób czekoladopodobny co trochę wzbudziło moje podejrzenia. Jednak mam słabość do takich słodyczy i swego czasu (gdy byłam młoda i jędrna) wolałam je bardziej niż normalne czekolady, więc postanowiłam się nie przejmować wychodząc z założenia, że co najwyżej będę mieć po nich gładką sierść. Gdy później tego samego dnia siostra umierała ze śmiechu na wspomnienie brata, który odwiedzając ich przede mną zjadł jedzenie dla psa wiedziałam, że te pralinki nie były przeznaczone dla ludzi. Cóż głupotę chyba mamy w genach. Ale to i tak nijak ma się do tego, co zrobił mój ojciec. Nie przyszło mu bowiem do głowy, żeby zapytać najemcy mieszkania, czy nie ma nic przeciwko temu, że zamieszka z nimi czworonożny przyjaciel. Gdy dowiedział się o tym jakieś 8 miesięcy od przybycia kolejnego członka rodziny nie był chyba nazbyt zadowolony bo pozostawił im wybór: mieszkanie albo kundel i w żaden sposób nie dał się przebłagać. Moja rodzicielka skwitowała to tylko stwierdzeniem, że to typowy przejaw wietnamskiej mentalności (mam gdzieś reguły – zrobię co chcę, a potem jakoś się to załatwi).

colgateSkoro u sąsiadów mogą mieć Colgate Komplett, to czemu u nas nie ma Kompletnej Colgate?

Skoro jesteśmy w temacie zaniku myślenia. Zawsze byłam sztandarowym przykładem potwierdzającym tezę, iż pewność co do nieskończoności mamy w zasadzie tylko co do ludzkiej głupoty. Przykrym natomiast jest to, że ostatnio zaczynam obawiać się, że do głosu dochodzi także starcza demencja. Bo to, że nie raz nie dwa zdarzyło mi się uczyć się z przeterminowanych ustaw było zupełnie normalne. Ba! ja nawet kolokwium potrafiłam napisać na podstawie takowej. To, że gubię pieniądze też jest normą (i znajomi nie pytają już ile? tylko znowu?). To, że zostawiamw domu tego, co jest mi akurat najbardziej potrzebne, zapominam o wszystkim, o czym tylko zapomnieć się da (ile to razy uciekło mi z głowy nacisnąć wyślij po napisaniu smsa) także. Ale, to że gdy wybrałam się na rowerową wyczeczkę i ciągu kilkudziesięciu minut 3 razy wpadłabym pod auto (w tym pod taksówkę, fakt nieistotny, a jednak cieszy) i przejechała tabun ludzi już nie jest już taki normalny. Od kiedy jest ze mną aż tak źle? Jedynym pocieszeniem jest fakt, że w związku z pobytem za granicą nie przyczyniłabym się do zmniejszenia polskiej populacji, a Niemców przecież nikt nie lubi :P

jajkoW Szwabii żyje się na bogato, stąd dwa żółtka w jednej skorupce. Mój rodziciel zalewa lub wbija jajka do zupki chińskiej, przez co robią się w niej drobne kluseczki  Wydaje się proste, ale mi nigdy nie wyszło. Raz zapomniałam użyć w tym celu wrzątku, za drugim razem chyba za szybko zaczęłam wszystko mieszać, bo żółtko się nie ścięło tylko rozpuściło. I w efekcie powstała zupa jajeczna, którą z racji rozrastającego się poczucia pustki w żołądku postanowiłam nawet skonsumować, ale była tak odpychająca, że zdecydowałam narazić się na niebezpieczeństwo utraty życia przez zagłodzenie. W ogóle taka zupka chińska w wykonaniu mojego ojca to danie na wypasie, bo smakuje zupełnie inaczej po tym gdy doda do niej jakiegoś mięsiwa, warzyw i innych dziwnych rzeczy –  i tą informacją uczynię tenże podpis najdłuższym wywodem pod zdjęciem jaki do tej pory ujrzał światło dzienne.

Zrewidowałam swoje poglądy na temat posiadania psa. To wcale nie jest takie morowe i czadersko odjazdowe jak mi się wydawało. Fajnie mieć kundla na zasadach na jakich posiada go moja rodzina z polskiej wsi spokojnej, wsi wesołej. Jeżeli nie rzuca się on na kury (nie mylić z ku*wy) sąsiada może sobie biegać swobodnie i nie trzeba martwić się o wyprowadzanie go na spacer oraz o to gdzie i kiedy postanowi się wypróżnić. Gdy wybiera się z nim na przechadzkę to nigdy nie zastanawia się gdzie dokładnie jest i co aktualnie robi – wystarczy żeby orbitował gdzieś w pobliżu. Nawet gdy znika z pola widzenia i zasięgu głosu to też nikt nigdy nie przejmuje się tym zbytnio, bo przecież nie jest miejskim debilem więc się nie zgubi i w końcu wróci. A pies domowy (piszę domowy, a nie miastowy z uwagi na fakt, iż ojciec mieszka na wsi, jednak w Niemczech to nie robi różnicy i żaden kundel nie pałęta się samopas)? Siedzi w mieszkaniu zakłaczając kolejne terytoria. Trzeba z nim ciągle chodzić na spacer. Sprzątać kupy i uważać by nie podlewał iglaków sąsiadów. Żeby nie darł ryja w nocy i w sumie z rana też nie za bardzo. Trzeba go socjalizować z innymi wszarzami łażąc z nim nie wiadomo gdzie w poszukiwaniu przedstawicielu psiego gatunku. Strasznie dużo zachodu!

Totalnie rozczarowałam się spacerami. Lubie sobie pochodzić, dlatego myślałam, że wezmę psa na smycz i radośnie będziemy przemierzać pola i lasy. Eh ja naiwna. Poruszaliśmy się z prędkością 5 metrów na godzinę, bo kundel musiał absolutnie wszystko wywąchać. Owo absolutnie wszystko sprowadzało się głównie do końskich produktów końcowych procesu defekacji. Nie ogarniam tego, bo przez pierwsze 2 kilometry chodziliśmy zawsze tą samą trasą. Ileż razy można wąchać tą samą kupę??? Co najlepsze gdy pewnego razu przechodziliśmy obok obwoźnego stoiska mięsnego, gdy byłam przekonana, że czeka mnie walka ze smyczą pies wykazał totalną obojętność. W dodatku czasem nie ogarnia. Nie raz nie kuma, że gdy wyrywam mu zabawkę z paszczy krzycząc:i co mi teraz zrobisz*? to ma próbować mi ją odebrać. Czasem rzuca się z zębami, a czasem demotywuje się i czeka aż mu ją oddam. Co jest totalnie nielogiczne bo potem szturcha mnie nią żeby mu znów ją odebrać. On jest chyba jakiś psychiczny.

Pomyliłam wibrator z suszarką. Przechadzając się po mieście kątem oka zauważyłam coś długiego na wystawie. Z niewiadomych powodów od razu skojarzyło mi się z przyrządem do suszenia włosów. Nie wiem z jakiego powodu, przecież nikt nie produkuje ich w takim kształcie. Tutaj nastąpi ćwiczenie dynamizujące czytelnika: proszę wskazać paluszkiem, gdzie według twoich przypuszczeń znajduje się opisywany przeze mnie przybytek.

sex shopOdpowiedź: licząc od lewej kebab, fryzjer (to różowe), sex shop (kwiatek i coś okrągłego nad drzwiami). Pełna kultura, tak powinno być, a nie jak u mnie w mieście kicz walący po oczach.

światłaŚwiatła na przejściu dla pieszych. Z nieujawnionych powodów czerwone są dwa, za to zielone nie miga zanim zgaśnie. Totalnie bez sensu.

kakiKaki. Ze względu na barierę językową myślałam że nie będzie dane poznać mi nazwy tego owocu, a tu proszę – przedwczoraj odkryłam co to. Niebezpośrednio dzięki Albumowi fotografii produktów i potraw. Oryginalna pozycja, gdzie znaleźć można przykładowo zdjęcia 20, 30 i 40 gramów dżemu truskawkowego rozsmarowanego na kromce podłużnego żytnio – pszennego chleba. Wyśmiałam sens takiej książki, brat pokazał mi stronę internetową, która zawiera podobne informacje. W wyszukiwarkę wpisałam jabłko i znalazłam kaki. Czemu akurat jabłko? Bo mam taką zabawę, co by wybierać egzemplarze ważące jak najbliżej 200 g. I tą informacją uczynię tenże podpis najmniej sensownym wywodem pod zdjęciem jaki do tej pory ujrzał światło dzienne.

pierwsza potrzebaArtykuły pierwszej potrzeby według głównego dworca PKS w Berlinie.

nutellaNutella. Nie wiem czemu ludzie się tym podniecają (31 g tłuszczu + 57 g cukru na 100 gramów!), ale zapodam zdjęcie. Tutaj wielkie słoiki, czego jednak z braku punktu odniesienia nie da się zauważyć.

Wizyta za Odrą za każdym razem boleśnie uświadamia mi, jak beznadziejnie jest w naszym kraju. Mój ojciec jest imigrantem bez szczególnego wykształcenia, jego znajomi także. Jednak żyją na takiej stopie życiowej, której nie widzę wśród moich koleżanek i kolegów, których rodziny nie musiały się martwić o kwestie obywatelstwa i zdobywania uznawanych przez  pracodawców dyplomów. U każdego znajomego siostry widziałam 42 calowy telewizor, kompa, ipoda, smartfona w pokoju. Wakacyjne wyjazdy za granicę to norma, podobnie jak szkolne wycieczki poza kraj. Jej szkoła wygląda lepiej niż jakakolwiek podstawówka/gimnazjum/liceum jakie do tej pory widziałam. Równać mogą się jej tylko wydziały jakiś wyższych uczelni (akurat nie mojej:P). Śmieszne jest to, że ceny produktów żywnościowych są bardzo zbliżone do tych w Polsce, podobnie z ubraniami (mam na myśli sieciówki) – tylko, że płace są tam kilkukrotnie wyższe. Zastanawiam się czasem jak wyglądać musi życie rodowitych obywateli, którzy nie mieli pod górkę, mieli szansę zdobyć odpowiednie wykształcenie i wykonują zawody, które wymagają trudniejszych do zdobycia kwalifikacji. Kiedy w naszym kraju w końcu będzie normalnie?

Tym optymistycznym akcentem kończę swój dzisiejszy wywód.

* Krzyku w zasadzie ma prawo nie rozumieć, bo jest Holendrem mieszkającym w Niemczech u wietnamskiej rodziny, a ja się odzywam się do niego po polsku.
Reklamy

One thought on “Letnie reminiscencje

  1. Pingback: 28.01.13. Poniedziałek dzień długi już z nazwy « Pitu Pitu

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s