Uciekam z domu i nigdy nie wracam

Nie pamiętam czemu, ale ostatnio oglądając wiadomości, a dokładniej reportaż poświęcony zachęcaniu mężczyzn do samobadania jąder rodzicielka zaczęła wspominać swój pobyt na gigancie. Zaczęło się niewinnie – od malowania drzwi. Niestety mój ojciec chrzestny nadepną na świeżo malowane. Matka w szale zrzuciła go ze schodów. Naturalnie twierdzi, że był to zupełny przypadek, ale oczywistym jest, że nie mogła życzyć mu niczego innego poza śmiercią, gdy popychała go ze stopni usytuowanych półtora metra nad ziemią. Babcia doznała takiego szoku, że nie była w stanie zareagować i obiecała tylko, że córkę spotka ręka sprawiedliwości w postaci pasa dziadka. Matka musiała działać szybko. Nie wiem jakim cudem, ale do ucieczki zwerbowała drugiego z braci (zupełnie przecież niezwiązanego z sytuacją). Może po prostu bał się siostry wiedząc do czego jest zdolna? Za kryjówkę obrali sobie jedno z należących do rodziny pól, oddalone o 10 minut od domu. Chytry plan. Organy ścigania nie byłyby w stanie wpaść na pomysł szukania ich w tak oczywistym miejscu. Gorycz dnia postanowili osłodzić sobie mieszanką porzeczek z cukrem, który rodzicielka zabrała ze sobą tuż przed ucieczką. Niestety jego zasoby szybko się skończyły więc głód i żal wkrótce sprawił, że zmuszeni byli wrócić do domu. Skończyło się tym, że matkę nie spotkały żadne negatywne konsekwencje. Najwidoczniej nie ma sprawiedliwości na tym świecie.

widoczekNie posiadam żadnego inteligentnego komentarza do tego zdjęcia.

Życie lubi płatać figle, dlatego parę lat później jej córka (w sensie ja) także wybrała się na gigant w asyście brata. W akcie sprzeciwu przeciw okrutnemu ciemiężeniu nas przez matkę zdecydowaliśmy się na ucieczkę z domu. A w zasadzie z domu do domu. Bowiem jak co roku w wakacje odwiedzaliśmy babcię i postanowiliśmy wrócić do rodzinnej miejscowości. W tym celu udaliśmy się na przystanek. Trasa była trudna i niebezpieczna. Kilka minut schodzenia ze stromej górki, dlatego trzeba było się pilnować by w rozbiegu na zakręcie nie wpaść do przydrożnego rowu. Niestety nie wzięliśmy pod uwagę, że autobus kursuje jakieś 3 razy dziennie. Trafiliśmy niefortunnie na taką godzinę, kiedy akurat nie stał na przystanku. Zrezygnowani porzuciliśmy marzenia o wolności i ze spuszczonymi głowami zaczęliśmy wspinać się z powrotem pod górę by oddać się w ręce naszego oprawcy.

zakrętZakręt, za zakrętem kolejny, za kolejnym przystanek.

Moja druga ucieczka z domu także zakończyła się niepowodzeniem. Co dziwne także miało to miejsce w trakcie wakacji, w rodzinnej wsi mojej matki. Pracowaliśmy wtedy w polu przy maku. O ile dobrze pamiętam rodzicielka nie poszanowała mojej pracy – ani tej wykonywanej na roli, ani tej by z dnia na dzień stawać się coraz to lepszym człowiekiem. Po raz kolejny niedoceniona przez własną rodzinę postanowiłam oddalić się w kierunku nieznanym. A w zasadzie w stronę lasu. Trzeba przyznać, że mój plan był ambitny. Knieja jest tam naprawdę duża i nawet dzisiaj byłabym w stanie stracić w niej orientację. Lecz, żeby się tam zgubić trzeba najpierw tam dotrzeć. Natomiast mój ambitny plan nie przewidywał tego, że moje krótkie nóżki szybko się zmęczą, a żołądek zacznie domagać się pokarmu. Z nadzieją co chwilę obracałam się za siebie licząc na to, że zobaczę członków mojej rodziny biegających wśród traw, wykrzykujących moje imię. Niestety niczego takiego nie dojrzałam. Postanowiłam poczekać do wieczora. Gdy zapadnie zmrok, a mnie nie będzie w pobliżu na pewno wpadną w panikę. Problem polegał na tym, że wizja spędzenia nocy wśród pól nie była zbyt zachęcająca.

lasTu szłam, tu nie dotarłam. Ludzie z rodziny, więc mnie nie pozwą za wykorzystanie wizerunku. Chyba…

Co innego wizja obiadu czekającego na kuchennym stole. Dlatego postanowiłam wrócić. Oczywiście z podniesioną głową. Nie miałam zamiaru odpowiadać na żadne pytania, niech zastanawiają się do końca życia gdzie się przez cały ten czas podziewałam. Niech drżą na myśl, że mogę to w każdej chwili powtórzyć. Obrałam trasę przez makowe pole. Okazało się, że nikogo tam już nie ma. Wydało mi się to trochę dziwne, ale uznałam, że najprawdopodobniej wpadli w popłoch i kto może właśnie mnie szuka. Może w końcu zrozumieli swój błąd. Nareszcie docenią jaka jestem ważna. Wróciłam do domu. I co? I nic. Nikt nawet nie zauważył, że mnie nie było…

Ktoś jeszcze uciekał z domu?

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s